|
Autor:
Jacek Borzęcki
Artykuł ten ukazał się wcześniej w miesieczniku
Góry 7-8/2002 (98-99).
Kiedy samolot wylądował na lotnisku na Teneryfie, jednej z dwóch największych wysp archipelagu Kanarów,
była głęboka noc. Polscy turyści z wielką radością wciągali ciepłe powietrze z lekkim oceanicznym
wiaterkiem. Nic dziwnego. W Polsce od kilku dni było mroźno.Miejscowi taksówkarze mówili jednak, że
zima na Wyspach Kanaryjskich jest wyjątkowo sroga. W grudniową noc kiedy przylecieliśmy temperatura
spadła poniżej 20 stopni.
Dzień na Teneryfie wstaje powoli. Jest to zgodne z nocnym temperamentem mieszkańców, którzy potrzebują
kilku godzin na "rozkręcenie się".Turystom tez to pasuje, bo o tej porze roku trudno
o bardziej leniwe i ciepłe miejsce w pobliżu Europy. Nic dziwnego, że co dwie minuty
ląduje samolot wypełniony zmarzniętymi przeważnie mieszkańcami Zachodniej Europy. Od paru lat coraz
więcej tutaj Polaków i innych Słowian. Celem większości jest co najmniej tygodniowe prażenie się
na czarnych wulkanicznych plażach i snucie się po hałaśliwych bulwarach. Mało komu przyjdzie do
głowy żeby wybrać się w pobliskie góry, których nie sposób nie zauważyć. Wulkaniczny masyw
dominuje w krajobrazie Teneryfy skądkolwiek by nie patrzeć. Nawet z pozycji plażowego grajdołu.
Na nielicznych śmiałków czeka nagroda - stosunkowo niewielkim nakładem sił można osiągnąć wysokość
3718 m nad poziom morza. Tyle bowiem liczy najwyższy szczyt Wysp Kanaryjskich a zarazem Hiszpanii
PICO DEL TEIDE.
Właściwie wszyscy ludzie na Kanarach poruszają się po górach. Archipelag to czubki olbrzymich fragmentów
gór wulkanicznych wystających ponad ocean. Od dna do wierzchołka Pico del Teide jest
ok. 7000 metrów. Ale mówiąc serio, pokonanie w jeden dzień różnicy wzniesień 3500 metrów
albo i więcej, daje wielką satysfakcję.
Zanim wybierzemy się pobić rekord wysokości (przynajmniej dla początkujących turystów) trzeba pokonać
inną górą - biurokratyczną. Kto chce wyjść na szczyt, musi otrzymać zezwolenie w dyrekcji
Parku Narodowego w stolicy wyspy - Santa Cruz de Tenerife. Zezwolenie jest bezpłatne,
wydawane na podstawie paszportu. Polskie napisy wywołują na znudzonej fizis urzędnika podejrzliwe
zainteresowanie. Wręczony na czas kalendarz z Tatrami rozjaśnia ciemne lico choć zezwolenie dostanie
każdy. Byle nie więcej niż 50 osób dziennie. Takich gór jednak tutaj nie mają.
Na wysokość równą najwyższym szczytom Tatr można wjechać autobusem. Później płaska asfaltowa droga.
Co to za góry? - mówią spojrzenia lekko znudzonych piechurów. na tej wysokości nic już nie rośnie,
a trzeba iść po równym. Tylko dorożek z góralami brakuje.
Dopiero po kilku kilometrach krajobraz zmienia się na chyba... marsjański. Wszędzie zastygłe jęzory lawy.
Spod nóg unosi się biały pył. O drodze dawno już można zapomnieć. Zamiast niej stroma monotonna ścieżka
wyznaczona większymi kawałkami lawy. O oznaczeniu szlaków znanych z polskich gór nie ma co marzyć.
Ale i skala trudności jest inna . Można rzec spacerowa chociaż wysokość daje o sobie znać. Coraz
częstsze przystanki, coraz chłodniej...
Niby drogę trudno zgubić ale skąd wiadomo czym kończą się podobno do siebie wzniesienia. Turystów coraz mniej.
Czasami przemknie jaszczurka. Powyżej 3000 metrów cały czas świeci słońce. Chmury zostają niżej. Jest
chłodniej niż na wybrzeżu ale temperatura 10 stopni powyżej zera i wiatr sprzyjają wędrówce. Na
całej trasie jest jedno schronisko zwane domkiem ratowniczym. Nocują w nim zazwyczaj turyści, którzy
zaczęli wycieczkę na północnej części wyspy. Nocleg na trzypiętrowej pryczy kosztuje 2.000 peset czyli
około 50 złotych.
Idąc na Pico del Teide trudno odpaść od ściany, łatwiej się stoczyć, albo co bardziej prawdopodobne,
skręcić nogę na nierównej, usuwającej się spod nóg powierzchni. Do kontuzji dochodzi jednak rzadko. Nigdy
nie jest ślisko i nie dokucza mróz. Nad bezpieczeństwem czuwają miejscowi parkowi wyglądający podobnie
do naszych z TPN.
Nie daleko wierzchołka jest "bramka" - skrupulatne sprawdzenie zezwolenia i odnotowanie
w kapowniku. Droga wolna. Bez zezwolenia szlaban. Dyrekcja Parku troszczy się o nie zadeptanie
dumy Hiszpanii.
Im bliżej szczytu tym bardziej czuć siarkowodór. Jestem wszak na wulkanie, niby nieczynnym ale... dreszczyk
emocji jest. Mówi się, że wulkan wybuchnie w 2004 roku. W życiu wulkanów kilka lat to
moment ale jeśli prognozy są nieścisłe?
Snucie takich kasandrycznych wizji skraca ostanie podejście, które pod koniec ku zaskoczeniu okazuje się dość
ostre i wymaga pomocy rąk. Wreszcie jest - szczyt. Nade mną tylko lazurowe niebo. Dopiero wtedy
odczuwam wysokość. Oddycha się z trudem. 3718 metrów to już kawał góry. Widać stad całą Teneryfę,
La Palmę, La Gomerę i Gran Canarię. A wokół Atlantyk. Po kwadransie kontemplacji
bajecznych widoków stwierdzam, że w żaden sposób nie udokumentuje tego wyczynu. Tkwię na górze sam. Nie
nadchodzi nikt kto mógłby zrobić mi zdjęcie. Ale wreszcie jest. Energicznym krokiem, w krótkim kożuszku
z saszetka w ręce. Krótka wymiana zdań po angielsku.
Yes, of course.
I gdy wyciągam z plecaczka kalendarz z Tatrami jako element żartobliwej scenografii ,
rozlega się znajome:
Pan z Polski? Z Krakowa?
A to dopiero...
Ja też. Jestem lekarzem, mieszkam blisko Rynku...
Czy uwierzy ktoś, że w tak niezwykłej scenerii, na takiej wysokości można spotkać sąsiada ?!!!
Pico del Teide - 3718 m npm.
Na tej wysokości obniża się poziom tlenu. Osoby wrażliwe na takie warunki, a zwłaszcza chore na
serce powinny powstrzymać się od wychodzenia na górę.
Adres dyrekcji Parku Narodowego Teide:
Santa Cruz de Tenerife
Emilio Calsadilla 5/4
Fatal error: Array and string offset access syntax with curly braces is no longer supported in /home/platne/suder/public_html/Suder.cc/KoronaEuropy.suder.cc/DANE/komentuj.php on line 17
|